Nagle ze snu wyrwał mnie budzik, nie otwierając oczu wyłączyłem go. Westchnąłem po czym usiadłem na łóżku i dopiero wtedy otworzyłem zaspane oczy. Wstaję codziennie o 7, a nadal jest czasem ciężko. Czy to normalne? Zapewne tak. Poszedłem pod prysznic, umyłem zęby po czym założyłem czarne jeansy, czarną koszulkę z napisem "Oj tam, oj tam" no i czerwoną bluzę. Zszedłem po drewnianych, krętych i dość stromych schodach na dół gdzie na stole czekała kanapka z sałatą, ogórkiem i pomidorem. Wyjrzałem za okno, tata sprzątał koniom w boksach. Zjadłem na szybko po czym poszedłem mu pomóc. Po kilku godzinach przyszedł Kevin, on osiodłał Bartka a ja Orio. Wprowadziliśmy konie na parkur po czym zaczęliśmy je rozgrzewać.
Tata jeździ od wielu, wielu lat, brał udział w wielu konkursach i wie bardzo dużo dlatego to on był naszym trenerem i prowadził szkółkę. Konie są całym jego życiem i zaraził też tym mnie.
- Kevin, dorównaj. Maks, zwolnij. - polecił.
Starałem się zwalniać ogiera, jednak ten miał ochotę dziś pobiegać. Nagle usłyszeliśmy bardzo głośną, piszczącą melodyjkę, Orio się spłoszył i zaczął wierzgać.
- Peter... tyle razy ci mówiłem. - westchnął.
- Wiem, dałbym sobie rękę uciąć że ją wyciszyłem.
- I byś ją stracił. - uśmiechnął się lekko.
- To moja córka, Lily. Chciałbym ją zapisać na twoje lekcje. - stwierdził.
- No dobrze, ale czy ona chce? Nie wygląda na taką. - oparł się o ogrodzenie, patrząc na dziewczynę.
- Jakoś nie widzę jej w wywalaniu gnoju. - zaśmiał się lekko Kevin.
- Nawet jej nie znasz. - stwierdziłem, głaszcząc uspokajająco Orio po szyi.
Lily?